niedziela, 17 maja 2015

Rozdział XVII.

Nie mogliśmy czekać dłużej. Mieliśmy zaledwie kilka godzin, żeby pojawić się na lotnisku szkolnym. Eleonora pewnie już wiedziała co się zapowiada. Ona zawsze wie. Tym razem jednak nie mogliśmy czekać z Mike'iem ani chwili dłużej.
- Jedziemy, mój "szoferze" - nakreśliłam palcami w powietrzu cudzysłów. To było takie śmieszne, że przypominanie mi o nim, zaczęło się właśnie od wciśnięcia przycisku z napisem "szofer".
- Ha. Ha. Bardzo śmieszne. Chodź nie mamy wiele czasu, a nikt nie może zauważyć naszego zniknięcia.
Biegliśmy, chowaliśmy się w cieniu. W końcu dotarliśmy do cudownego Ferrari. Odczułam małe de javu.
- Zapniesz pasy, czy mam to zrobić za ciebie? - zapytał. Roześmiałam się w odpowiedzi.
- No nie wiem, nie wiem... A jeśli zrobię to źle? - wystawiłam do niego język. W końcu stwierdził, że nie chce czekać aż zapnę pasy i nachylił się nade mną by zrobić to za mnie. Nasze spojrzenia się spotkały. Jego dłoń musnęła moje udo. Wtedy niewiele się dla nas liczyło. Najważniejsi byliśmy my, nie daliśmy rady powstrzymać naszego uczucia. Złączyliśmy się w długim pocałunku.

***

Byłam malutka kiedy to się wydarzyło. No, może bez przesady, miałam wtedy siedem lat. Coś tam ze świata rozumiałam, ale nic konkretnego. 
Mieszkałam wtedy jeszcze z rodziną zastępczą. Nie wiedziałam o magii nic, myślałam, że moją matką jest kobieta, która się mną opiekowała. Dzieci mogą się mylić, są łatwowierne, niewinne. To nie ich wina, że są bezbronne, tak przynajmniej tłumaczę sobie moje głupie zachowanie z przeszłości.
Wyszłam na podwórko przed szkołą. Stał tam jakiś mężczyzna, nigdy go nie widziałam, nie wyglądał na nauczyciela, ani woźnego. Naiwnie podeszłam do niego, myśląc, że może zgubił drogę.
- Dzień dobry. - powiedziałam swoim wysokim głosikiem. - Zgubił się pan?
- Nie. - usłyszałam w odpowiedzi. - Czekam na kogoś.
- A kto to? - powinnam była odejść, ale z natury byłam i jestem strasznie ciekawska.
- Nazywa się Ola.
- To tak jak ja! - pisnęłam.
- Tak? - przyjrzał mi się podejrzliwie. Po chwili uśmiechnął się. - Jak nazywają się twoi rodzice?
- Kasia i Marek.
- A więc to na ciebie czekam. - zaśmiał się. - Jestem dawnym przyjacielem twoich rodziców. Mów mi Lucek.
- Dobrze panie Lucku.
- Nie mów do mnie pan, bo czuję się staro.
- Dobrze proszę pa... Lucku. A dlaczego pan na mnie czekał?
- Chciałbym ci coś dać. Wiem, że niedługo masz urodziny, a byłem w okolicy, więc pomyślałem, że dam ci mały prezent.
- Naprawdę? - radośnie krzyknęłam.
- Tak, naprawdę. - mrugnął do mnie okiem. - To cenny przedmiot więc nie zgub go.
Podał mi małe pudełeczko. 
- Ale ładna! - krzyknęłam na widok srebrnej bransoletki z zawieszką w kształcie skrzydeł. - Nigdy nie widziałam żadnej pani mającej ładniejszą bransoletkę!
- Cieszę się, że ci się podoba.

***

Bawiłam się moją bransoletką, którą mam od bardzo dawna. Nie pamiętam kiedy ją dostałam i od kogo. Jest to moja jedyna pamiątka, która mi została po dawnym życiu. Prawie wszystko musiałam zostawić w dawny domu, gdy mnie znaleźli w wieku 10 lat i zabrali do Akademii.
Mike nie pędził samochodem. Jechaliśmy powoli i okrężną drogą, ponieważ chcieliśmy trafić do piekła jak najpóźniej. Nie mogliśmy tego długo odwlekać i w końcu skierowaliśmy się w odpowiednim kierunku. Znaleźliśmy się w czerwonej rzeczywistości, jaką wykreował mój ojciec. Patrząc na ten świat, stwierdziłam, że ojcu przydałby się projektant wnętrz. Może on by coś zaradził na ten bałagan.
Diabeł wydawał się nas spodziewać. Stał w bramie niczym pies, który zawsze czeka na właściciela.
- Cóż cię dzisiaj sprowadza w me diabelne progi? - zapytał, jakby nie znał odpowiedzi na to pytanie.
- A jak myślisz?
- Po twoim tonie nie sądzę, byś wpadła na kawę i ciasteczka.
Zaburczało mi w brzuchu. No tak. Zanim tam pojechałam, mogłam wpaść na mądry pomysł i coś przekąsić. Wtedy było już za późno.
- Powiedz mi co się stało z Karoliną. - żądałam.
- Kim jest Karolina?
- No błagam! Już ty doskonale wiesz, o kogo mi chodzi.
- Tak się składa, że nie wiem, albowiem to nie ja jestem ten wszechwiedzący, tylko ten, który od niego odszedł. Także wybacz mi brak kompetencji w sprawie odgadywania twoich myśli.
- Karolina, to dziewczyna, która trafiła do piekła, kiedy zaatakowali nas jacyś rabusie! - krzyknęłam wściekła.
- A kiedy to się wydarzyło? - robił z siebie głupka.
- Błagam! Już ty dobrze wiesz kiedy!
- No wiesz... Prawie codziennie do piekła wbija mi jakaś nastolatka, którą ktoś porwał. Musisz się bardziej sprecyzować.
- Wczoraj wieczorem! Właśnie wtedy!
- To na pewno nie byli moi ludzie.
- Tak? A niby kto inny atakowałby bezbronne dziewczyny na ulicy?
- O, a teraz uważasz się za bezbronną? O ile dobrze wiem, to ty użyłaś mocy, żeby ich przenieść!
- Eee... a-a-a-ale... Skąd ty...? Jak ty...?
- Oczywiście, że wiem co się wtedy wydarzyło! Ale wiesz co? Nie wszystko co złe, ma swoje korzenie w piekle.

piątek, 1 maja 2015

Rozdział XVI.

Ona jest wspaniała. Nie wiem, co by się stało, gdybym ją stracił.
Szedłem korytarzem. Użyłem moich piekielnych mocy, żebym wyglądał jak dym, nie jak demon. Nie muszą przecież cały czas przypatrywać się mojej twarzy.
Minął cały rok, a ja przez cały ten czas nie pomyślałem o mojej Lili. To magiczna świnka morska. Dlaczego magiczna?
Gdy rodzi się czarownik lub czarownica, tego samego dnia rodzi się świnka morska. Żyje ona 100 lat, no chyba, że jej właściciel umrze później, wtedy żyje tak samo długo jak on. Te zwierzęta są dla nas bardzo ważne, zazwyczaj służą nam radą, no chyba, że są w szkole. Tak, one też mają swoją szkołę. Tam się bawią i uczą psychologii. Potrafią mówić, ale zazwyczaj ograniczają się do rozmów ze swoim "właścicielem". Właściciel jest połączony ze swoją świnką, ale tylko jednostronnie. Świnka wie o czym myśli czarownik, ale nie na odwrót. Nie wiemy dlaczego tak jest.
Moja Lili to rozetka o rudej sierści. Psoci kiedy tylko się da. Stwierdziłem więc, że czas ją odzyskać.
- Gdzie mogłaby schować się taka świnka morska? - mruknąłem. Myślałem i myślałem, aż w końcu... Wiedziałem co trzeba było zrobić. - Zaklęcie namierzające. - wyszeptałem. Gdybym żył, potrzebowałbym kosmyka sierści Lili. Zaletą mojej śmierci jest to, że mam moce piekielne, co daje mi więcej zaklęć do użycia, nie potrzebując wielu składników. - No to czas na zaklęcia...
Skupiłem się na wyglądanie Lili. Na sierści, na cudownych wspomnieniach z nią...
Już wiedziałem gdzie jest. Byłem głupi, nie myśląc o tym wcześniej.
Bez namysłu skierowałem się do piekła, do Biura Rzeczy Nieodebranych. Jak można by się spodziewać, świeciło tam pustkami, jedynym stworzeniem, które tam przebywało, to był gnom ubrany za sekretarzo-bibliotekarza.
- grhm? - wymruczał na mój widok - grhm?
- Dzień dobry. - powiedziałem najgrzeczniej, jak tylko mogłem.
- Grhm. - usłyszałem tylko w odpowiedzi.
- Nazywam się Mikołaj Pla... - nie skończyłem mówić, a gnom już stamtąd wyszedł. Po chwili wrócił z jakimś wisiorkiem i wymruczał tylko:
- Grhm.
Podał mi ozdobę i pomachał rękoma jakby mnie wyganiał. Te stworzenia mnie przerażają. Są niskie, mają pomarszczoną skórę, spiczaste uszy i nie wymawiają nigdy żadnego słowa w zrozumiałym języku. Nigdy nie wiadomo co rzeczywiście mówią, choć to może nawet lepiej, bo nie zawsze chce się słuchać jakim to się jest matołem.
Wyszedłem z Biura i wróciłem do pokoju w akademiku.
Spoglądałem na wisiorek. Jego zawieszka wyglądała, jak świnka morska. To znaczy, że Lili została zabita. Gdyby umarła z przyczyn naturalnych jej ciało przemieniłoby się w kwiat. Gdy świnka morska jest mordowana, zamienia się w jakiś rodzaj biżuterii.
Biedna Lili. Nie powinna umierać z mojego powodu. Moja śmierć nie powinna pociągać za sobą tyle ofiar. Zacisnąłem dłonie w pięści. Szatan robił wszystko co chciał. Trzeba go było powstrzymać.



***


Karolina i ja biegaliśmy po łące. Rodzice zabrali nas na wspólny spacer. Lili i Taylor, nasze świnki morskie, spokojnie patrzyły na nas, truchtając za nami. Szybko klepnąłem moją siostrę w ramię i krzyknąłem:
- Berek!
Odskoczyłem w drugą stronę. Śmiałem się jak szalony. Biegłem i biegłem, na szczęście jako chłopiec, byłem silniejszy i sprawniejszy w porównaniu do mojej siostry. Lili zaczęła krzyczeć:
- Mikołaj stój!
Jej zwierzęcy głos mnie nie przekonał. Chciałem udowodnić, że jestem bardzo szybki i Karolina nie ma ze mną szans. A potem zrozumiałem dlaczego Lilian krzyczała do mnie. W moją stronę jechał rowerzysta kompletnie nie skupiony na drodze. Lili przyspieszyła, siostra się zatrzymała. Rodzice zaczęli biec w moją stronę, ale nie zdążyliby na czas.
Jak na świnkę morską, ruda była szybka i silna. Dobiegła do mnie i popchnęła na bok (tak, miała wystarczająco dużo siły by to zrobić!) dzięki czemu uniknąłem wypadku i jedyne co mi się stało, to trochę podrapałem ręce.
- Ty głupku! - krzyczała Lili. - Jak mogłeś zachować się tak nieodpowiedzialnie?!
Miała zaledwie 6 lat, a zachowywała się jak dorosła. Byłem zły.
- No co?! Sama niby jesteś lepsza?! 
- Ja nie narażam się na takie niebezpieczeństwo!
- Och, daj spokój! Jedyne co ten rower mógłby mi zrobić to może coś złamać! To gdyby na ciebie jechał, mógłby cię zabić.
- Ale ja jestem gotowa do poświęcenia. A czy ty byłbyś gotów dla kogoś umrzeć?



***



Odczułam ulgę, gdy moi przyjaciele poznali prawdę. Po opowiedzeniu wszystkiego, w moim pokoju nie pozostał nikt. Ustaliliśmy plan działania na akcję ratowania Karoliny.
Nagle usłyszałam dzwonek mojego telefonu. Niewiele się zastanawiając odebrałam połączenie, nawet nie sprawdzając kto dzwonił.
- Halo? - powiedziałam do słuchawki. Głos, który mi odpowiedział, był ostatnim którego się spodziewałam usłyszeć.
- Witaj, Aleksandro. - arystokratyczny akcent mojej matki przyprawił mnie o mdłości. Zacznie mi gadać o jakiś bzdurach, że coś jest z moją nauką nie tak, czy coś w tym stylu. - Mam dla ciebie pewne wieści.
- Czy dzwoniłabyś do mnie z innego powodu? - zapytałam, mając nadzieję, że usłyszała jak wiele nagany włożyłam w te słowa. Co to za matka, co dzwoni do córki, tylko kiedy czegoś chce?
- Jak zwykle pyskujesz. - mruknęła. - Niedługo w twojej szkole odbędzie się bal. Wraz z swoimi przyjaciółmi, będziecie przewiezieni tydzień przed nim do... nie ważne gdzie. W każdym razie wiedz, że musisz spakować wszystkie swoje rzeczy, między innymi suknię balową.
To co ona mówiła, to była jakaś przesada. Po co sprowadzać dzieci arystokracji gdzieś tylko po to, żeby po tygodniu wróciły do szkoły? To nie miało sensu. No dobra, w moim życiu nic nie ma sensu, a jakoś wszystko się dzieje. No ale bez przesady!
- Kiedy będziemy wyjeżdżać? - zapytałam, mając nadzieję, że mój głos brzmi w miarę spokojnie. Skupiłam swoje myśli na tym, że miałam się cieszyć, iż mam suknię balową i nie muszę kupować nowej.
- Jutro. - odpowiedziała jakby nigdy nic.
- Że co proszę?! - krzyknęłam. Bal miał być za tydzień?! To kiedy mielibyśmy przeprowadzić akcję odbicia Karoliny?!
- Nie zachowuj się tak, jakbym ci niszczyła życie. Ciesz się, że pozwoliłam ci się przy nim utrzymywać.
Jak ona w ogóle śmiała tak do mnie mówić?! To się nazywa matka?! "Ciesz się, że pozwoliłam ci się przy nim utrzymywać"?!
- Czy to jest wszystko co chciałaś mi powiedzieć? - odpowiedziałam, zaciskając zęby.
- Nie mam ci nic więcej do powiedzenia. - rozłączyła się. Po chwili w moim pokoju znalazł się Mike. Dobrze, że zawsze wiedział kiedy się pojawić.
- Słyszałeś wszystko, prawda? - zapytałam wiedząc, że odpowiedz będzie twierdząca.
- Tak. Czyli będzie trzeba zmienić plany?
- Chyba nie mamy innego wyboru.

niedziela, 19 kwietnia 2015

Rozdział XV.

- Nie mogę w to uwierzyć! 
Znowu i znowu. Rozumiem ekscytację Eleonory, ale żeby od razu tak cały czas o tym rozmawiać?!
Lekcja magii zakończyła się interesująco. Wszyscy teraz patrzą na taką mnie czy Eleo, jak na kogoś kto w każdym momencie może przejąć nad nimi kontrolę. Moja matka jeszcze nie chce zejść z tego świata (w każdym razie tak sądzę), więc chyba nie ma sensu tak na mnie patrzeć.
- Wiem, Eleo. - odpowiedziałam już 10 raz z rzędu.
- Oni w ogóle nie dają mi czytać! - jęknęła. - Cały czas gadają o tym, że arystokracja trzyma się tylko ze swoimi. Ej no! To nie nasza wina, że tak nam się trafiło, że się zaprzyjaźniliśmy!
- Nie rozumieją tego. 
- Czego nie rozumieją? - usłyszałam za plecami głos, a potem opatuliły mnie silne ramiona Mike'a. Cieszyłam się, że był przy mnie. Nie obchodziła mnie opinia publiczna, mogli sobie myśleć co chcieli. Przecież nigdy się nie domyślą o moim pochodzeniu!
- Hey. - odwzajemniłam uścisk. - A no wiesz. Nie rozumieją siły przyjaźni i tak dalej. 
- To nie do końca tak. - sprostowała natychmiast Eleonora. - Oni rozumieją siłę przyjaźni, ale uważają, że my jesteśmy przyjaciółmi ze względu na politykę, a nie na to, że jesteśmy tylko ludźmi.
- Ciszej, bo jeszcze usłyszą, że mamy się za kogoś gorszego. - powiedziałam. Nienawidzę w mojej społeczności tego, że uważają się za wyższą rasę. Ludzi nazywają śmiertelnikami, jakbyśmy my byli nieśmiertelni!
- Idiotyzm. - moja przyjaciółka podzielała moją opinię. Pewnie dlatego tak dobrze się dogadywałyśmy. - O, Kenji idzie.
Faktycznie, jej anioł stróż zmierzał w naszym kierunku. Właściwie to prawie biegł. Nadal nie ufał mi, a tym bardziej Mike'owi, demonowi w czystej postaci.
- Cześć Eleonoro. - przywitał się z uśmiechem, ale tylko z nią. Do mnie lekko kiwnął głową, a na Mikołaja nawet nie spojrzał.
- Brakuje nam już tylko Kevina. - odparłam.
- A co się dzieje? - zapytała Eleonora. - Szykuje się o czym nie wiem?
- Można to tak nazwać. - wymamrotałam. Musiałam im w końcu powiedzieć o tym, co się stało z Karoliną. Nie mogłam tego tak długo odkładać. Mike wyczuł natychmiast, że się spięłam, więc zaczął mnie lekko masować po plecach. Jęk rozkoszy wydobył się z moich ust, na co Eleonora zareagowała śmiechem.
- Kto by się spodziewał, widzieć ciebie z demonem? Ja nigdy! - i zaczęła śmiać się głośniej. Coraz więcej twarzy odwracało się w naszą stronę.
- Wiem, gdzie znajdziemy Kevina. - odezwał się Mike. - Chodźmy na plac przed szkołą. 
- Czyżby intuicja? -zapytałam rozbawiona.
- Można tak powiedzieć. A dokładniej mówiąc, słyszałem, jak wychodząc z klasy rozmawiał z chłopakami o tym, że planują połazić po drzewach, bo w końcu jest ładna pogoda.
Cały Kev. Jak trafi kolejny raz ze skręconą kostką do pielęgniarki, to nie ja będę się nim zajmować! Nie tym razem.
Przeszliśmy długim korytarzem. Po drodze Kenji witał się z kilkoma aniołami, a my z Eleonorą rozmawiałyśmy o naszym zadaniu domowym na historię magii. Mike się nie odzywał, po prostu szedł obok mnie. Nasze ręce były splecione, jakby tego całego roku nie było.
W końcu przeszliśmy przez ogromne drzwi. Teraz wszyscy na moim roczniku mieli wolne do końca dnia, ponieważ 16-latkowie mieli testy predyspozycji magicznych, dlatego też nie dziwne było, że zastaliśmy na dworze wiele osób. 
Przeszliśmy kawałek, aż w końcu dostrzegłam Kevina. Stał nieopodal parku, śmiejąc się z jakimiś chłopakami. Odwrócił się w naszą stronę. Dałam mu pewien znak, który ustaliliśmy na początku naszej przyjaźni, oznaczający "musimy porozmawiać". Natychmiast zrozumiał. Przeprosił kolegów i podszedł do nas. 
- O co chodzi? - zapytał zaniepokojony.
- Zaraz ci wszystko wyjaśnię. - odpowiedziałam szybko. - Musimy znaleźć jakieś miejsce, gdzie nikt nas nie usłyszy.
- Masz teraz pusty pokój, prawda?
- Oczywiście. Jest w specjalnym skrzydle, ponieważ tak załatwiła matka Karoliny.
- To świetnie. Chodźmy tam.
Kurczę. O tym nie pomyślałam. Miałam tam bajzel, jak żadna dziewczyna nie mogłaby mieć. Spojrzałam błagalnie na Mike'a. Domyślił się o co chodzi. Tak żeby nikt nie zauważył, użył swoich piekielnych mocy. Powinno to załatwić sprawę.
- Dobrze.
I poszliśmy. Nasza cała grupka, 5 osób: Kenji, Mike, Kevin, Eleonora i ja. Musiało to wyglądać to dość nietypowo. Pospieszyliśmy do mojego pokoju, który był oczywiście w idealnym porządku. Uśmiechnęłam się z wdzięcznością do Mike'a.
- No to teraz wyjaśnij nam, po co to dziwne zebranie. - zapytał Kev.
- Mogę ja zacząć? - zapytała Eleonora. Przytaknęliśmy. - Nie wiem, czy już o tym wiecie, ale pewnie nie. Szykuje się coś dziwnego. W naszej szkole ma pojawić się cała arystokracja.
- A skąd to wiesz? - zdziwiłam się.
- Ja... tak jakby to widziałam. A jak zapytałam się o to mamy, to potwierdziła, ale była zdziwiona, że to wiem, ponieważ dopiero to na obradach zaakceptowano.
- To dziwne... A wiesz jakie są intencje?
- Podobno jakieś nadzwyczajne wydarzenia. Nie wiem do końca o co chodzi, ale nie zapowiada się na nic dobrego.
- A jak ma to wyglądać? Jakiś wielki apel?
- Z tego co widziałam w mojej wizji, jeśli można to tak nazwać, będzie coś na wzór balu, ponieważ wszyscy byli w garniturach albo sukniach.
- Och... 
Nie, tego się nie spodziewałam. Jak ja miałam im powiedzieć o Karolinie?
- Ola, ty też chciałaś nam coś powiedzieć prawda? - zapytał Kevin tak samo zaskoczony relacją Eleonory, jak ja.
Spojrzałam na Mike'a. Wiedział, że jest to dla mnie trudne. 
Siedzieliśmy w kręgu, więc każdy mnie widział. Musiałam mieć bardzo przerażony wyraz twarzy, ponieważ patrzyli na mnie z troską.
- Chodzi o Karolinę, prawda? - zapytała cicho Eleonora.
- Tak, właśnie o nią. - wykrztusiłam.
- Co się z nią stało?
Powiedziałam im. Opowiedziałam im co wydarzyło się w moim mieście rodzinnym, jak zniknęła. O tym, że podejrzewamy, że trafiła do piekła, gdzie trzymają ją demony szatana.
- On ci to wszystko zasugerował? - zapytał Kevin wskazując na Mike'a palcem.
- Ona jest dzieckiem szatana nie widzicie tego?! - bardziej wykrzyczał niż zapytał Kenji. Wydało się. Moi przyjaciele poznali prawdę o mnie.
Eleonora i Kevin spojrzeli na mnie spode łba. 
- Tak. To prawda. - wyszeptałam.
- Super! - powiedział Kevin. Jemu się to podobało?! - Wiedziałem, że kiedyś dowiem się o tobie czegoś ciekawego! 
- Proszę, nie mówcie tego nikomu.
- Nie mam zamiaru. Przyjaźń rzecz święta, a co święte złamane być nie może.
Jego tekst był bardzo wzruszający. Przytuliliśmy się, jak za dawnych dobrych czasów.
- Ja też nie mam zamiaru nic nikomu mówić. - powiedziała Eleonora. - W końcu na sekretach buduje się przyjaźń. 
Z nią również się przytuliłam. Cieszyłam się, że w końcu się dowiedzieli.
- Ale teraz, opowiedz mi wszystko od początku, jak to się stało, że ten demon pojawił się w naszej szkole i kiedy dowiedziałaś się o swoim pochodzeniu. Nie wierzę, żeby wszystko działo się przypadkiem.
Miała rację. W naszym świecie nie ma przypadków. Są tylko działania nieba i piekła. No więc, skoro i tak nie miałam już nic do ukrycia, powiedziałam im. Wszystko co chcieli wiedzieć, zostało wyjawione.


_____________________________
Jeśli moje opowiadanie Ci się podoba, skomentuj rozdział, polajkuj stronę na facebooku , zaobserwuj blog. Oczywiście nie zmuszam ;) Jeśli uważacie, że opowiadanie jest godne polecenia, piszcie znajomym, rodzinie komukolwiek, że polecacie. Im większe grono czytelników, tym więcej komentarzy, a im ich więcej, tym większa motywacja do pisania więcej! Mam nadzieję, że mogę na was liczyć!
Wszystkim uczniom trzecich klas gimnazjum, którzy czytają moje opowiadanie, życzę powodzenia na najbliższym egzaminie gimnazjalnym. Trzymam za was kciuki! :D

niedziela, 12 kwietnia 2015

Rozdział XIV.

- Czarowników nie da się tak łatwo zabić, jak ludzi. - kontynuowała temat profesor Nolan, nauczycielka magii. - Człowiek jest delikatny, słaby. Nas nie zabije byle sztylet wbity w serce. Kula pistoletu może nas zranić, ale nie zabić. Zawdzięczamy to naszym zdolnością magicznym. Oczywiście proszę nie próbować strzelać do siebie, ponieważ kilka kulek w łeb może was uśmiercić albo co najmniej okaleczyć. - zwróciła tę uwagę, gdy wielu moich kolegów z klasy zaczęło robić pistolety z palców i udawać, że strzelają do siebie. Żenujące. - Niestety, jak każde stworzenie na ziemi, jest sposób, żebyśmy umarli na miejscu.
Cała klasa wzięła wdech. Nawet ja. Na indywidualnych zajęciach nie omawia się ze mną takich tematów.
- Zapewne kojarzycie swoje znamiona, które znajdują się na waszych karkach.
Wszyscy potaknęliśmy. Nigdy nie sądziłam, że będzie to komentowane na lekcjach. Nasze znamię, widoczne tylko dla stworzeń magicznych, wygląda jak kropla. Jest to tylko obramówka, bez żadnego wypełnienia. Nie to co u dorosłych. Wielu z nich ma różne kolory, czerwień, zieleń, pomarańcz, róż, błękit. Raz nawet widziałam biel. Moja matka, ma błękitne.
Zawsze mnie zastanawiało, dlaczego tak się różnimy od dorosłych. Ta lekcja była szansą, podczas której mogłam dowiedzieć się, co tak naprawdę nas różni.
- Jeśli uderzy się maga sztyletem prosto w znamię, umieramy. Nasze ciało zamienia się w obłok dymu. Czasami zostaje po nas proch.
- Dlaczego dorośli mają inne znamiona niż my? - cieszyłam się, że to nie ja zadałam pytanie. Osobą, która to zrobiła, był Kuba Miszczuk, chłopak z którym przyjaźni się Kevin. Można się było tego po nim spodziewać.
- Panie Miszczuk, proszę podnosić rękę, jeśli chce się pan o coś zapytać. - profesor Nolan zwróciła uwagę Kubie. - A co do pańskiego pytania - właśnie miałam o tym mówić, zanim mi raczył pan przerwać.
- Przepraszam. - wymamrotał pod nosem.
- A więc - zazwyczaj w czasie ujawnienia się mocy magicznych, znamię przybiera już jedną z określonych barw. Każda z nich oznacza specjalizację, nad którą będziecie pracować. Jeśli znamię robi się wewnątrz zielone, oznacza to, że ta osoba jest Weisium. Weisium lubuje się w eliksirach. Receptury nie są im obce, jak i ich produkcja. Zazwyczaj w przyszłości zajmują się wyrobem leków, jak i różnych alkoholi.
W klasie rozległy się chichoty. Dobrze, że jeszcze nikomu znamię się nie zabarwiło.
- Jeśli znamię robi się od wewnątrz pomarańczowe, osoba ta jest Keisium. Myślę, że ci z was, którzy często lądują w szpitalach czarodziejów albo u szkolnej pielęgniarki zauważyli, że znamię osób tego rodzaju jest w tym kolorze. Ich specjalizacją jest leczenie. Niestety zabiera im to sporo energii, dlatego też używają magii do takich celów tylko w dramatycznych przypadkach, najczęściej śmiertelnych.
To oznaczało, że nikt nie chciał mnie uzdrawiać, kiedy dostałam dawkę wody święconej. Miło.
- Kolejny kolor, jaki może przybrać znamię to róż. Ten kolor przybiera znamię Drelium. Są oni odpowiedzialni za produkcję przedmiotów. Są doskonałymi kowalami, piekarzami, technikami... Można by wiele wymieniać.
Czekałam, na wytłumaczenie znaczenia koloru czerwonego. Miałam przeczucie, że będzie to dla mnie kluczowa informacja. Jako dziecko szatana, nie mogę olewać intuicji. Może ona mnie uratować.
- Znamię koloru czerwonego oznacza Weilium. Są znakomitymi wojownikami. Walczą równie dobrze magią, jak i narzędziami śmiertelników. Zazwyczaj stawia się ich na stanowisko ochroniarzy.
Wojownicy. Czerwień. Mikołaj bardzo dobrze walczył. Czy to znaczy, że Mike miał być Weilium?
- Jeśli znamię jest błękitne, oznacza to, że osoba jest sedium. Jest ich niewielu. Panują nad wszystkimi żywiołami.
Moja matka panowała nad wszystkimi żywiołami. Super.
- I została nam jeszcze jedna specjalizacja. Jest bardzo rzadka. I niebezpieczna. Ludzie ci są widzący... inaczej. Mam na myśli to, że są ślepi. Nazywamy ich Medium. Ich znamiona są białe w środku. Choć nie widzą nic oczami, za pomocą czucia, słuchu, węchu czy smaku, są w stanie wiedzieć co się dzieje w jakimkolwiek miejscu na ziemi. Ich moc polega na tym, że są w stanie przewidywać przyszłość. Są oni doradcami rodzin królewskich.
Ach... no tak. Zapomniałam o tym wspomnieć. Ups. Nasze społeczeństwo posiada swoje rodziny królewskie. Nie wybieramy jednego króla, ponieważ mogłoby to spowodować różne zamachy. Dlatego też, każda rodzina królewska wybiera godnego reprezentanta, który jest nazywany arcyksięciem lub księżną. Jeśli rodzina ma niewielu członków, zostaje wybrany ten, który jest najstarszy. No chyba, że nie jest w stanie pełnić stanowiska.
Jestem księżniczką Aleksandrą. Nikt nie używa wobec mnie tego tytułu, ponieważ wiedzą jak mnie drażni. Moja matka jest księżną. Oczywiście znają ją wszyscy, ale przy mnie udają, że nie ma między nami pokrewieństwa.
- O rodzinach królewskich pewnie już wiele wiecie, ale tylko przypomnę wam kilka informacji - przerwała moje rozmyślania profesor Nolan. - W skład rodzin królewskich wchodzą rodziny: Matysiaków - ukradkiem spojrzała na Eleonorę. Jej ciotka reprezentowała ich rodzinę. Wszyscy jednak podejrzewali, że następną osobą, która przejmie tytuł księżnej, była właśnie Eleonora. - Jabłońskich - tym razem jej spojrzenie spoczęło na Kevinie. On też należał do tej głupiej mieszanki. Jego dziadek zajmował stanowisko arcyksięcia. Ich relacja była dobra, co rzadko zdarzało się między kimś wysokiej rangi a księciem. - Miszczuków. - spojrzała na Kubę. Po nim kompletnie nie było widać jakiegoś zachowania arystokraty. Nie można by mu się dziwić, ponieważ stanowisko księżnej pełni jego daleka ciotka. Nigdy jej nie poznał. - Milińskich. - na sali nie było nikogo o tym nazwisku. Wszyscy jednak doskonale znali Eryka Milińskiego, nałogowego imprezowicza i podbijacza szkolnych serc. Nigdy więcej nie pójdę na imprezę zorganizowaną przez niego. Nie po tym jak do basenu dolano wody święconej. - von Plata - szukała wzrokiem Karoliny, której w sali nie było. Szybko przestała szukać i kontynuowała. - I Barwińskich. - jej wzrok spoczął na dłuższą chwilę na mnie. Nie lubiłam, gdy ktoś mi się przypatrywał. To tak, jakby za pomocą tego był w stanie wwiercić mi się w duszę. - Każdy arcyksiążę jak i księżna, jest wybierany raz na 10 lat, chyba że będzie konieczne przyspieszyć wybory z powodu jakiegoś nadzwyczajnego wypadku.
Rozległ się dzwonek. Lekcja się skończyła. W powietrzu nadal wisiała groza wypowiedzianych przez nią słów.

_________________________________

Proszę kochani, komentujcie! TO NAPRAWDĘ POMAGA! Bo przecież, gdyby nie czytelnicy, to żadna książka by nie powstała. Przypominam także o stronie na facebooku. Niektórzy nie zauważają paska bocznego, na którym jest umieszczony link, dlatego też podaję go również tutaj. 

sobota, 28 marca 2015

Rozdział XIII.

Przeniosłem Olę i siebie do akademii. Nie było mowy, by została w tym mieście, bo mogłaby się tam rozkleić.
Tylko szatan mógł coś takiego zaplanować. To on wymyśla każdą zbrodnię jaka się dzieje, a potem używa ludzi, których najłatwiej opętać, by mieć rozrywkę.
Nauczyciele i anioły od razu się na nas rzucili, jak tylko zauważyli nasz powrót. Olę zabrali do skrzydła szpitalnego, a mnie na przesłuchanie.
- Co się stało?! - anioły pytały, wszystkie na raz. - Co jej zrobiłeś?! Jak to zrobiłeś?! Dlaczego to zrobiłeś?!
Nienawidzę aniołów. Co prawda są po stronie nieba, do którego ja mogłem trafić po śmierci, ale no błagam. Obwiniają mnie o całe zło świata! Ja jestem demonem, a nie szatanem.
- Po pierwsze : Przestańcie się drżeć. - odpowiedziałem ze stoickim spokojem, którego nawet ja się po sobie nie spodziewałem. - Po drugie: Dlaczego niby ja miałbym jej to zrobić?
- Wszystko co złe, jest dziełem demonów. - odparł anioł, chyba ten, który jest szefem ochrony szkoły.
- Aż tak mało was wyedukowali? - zapytałem. - Przecież to szatan to wszystko robi, a nie my!
- Ale wy jesteście jego podwładnymi. Wykonujecie jego rozkazy. Więc jaki ty miałeś? Sprawić, żeby już nigdy nie mogła być szczęśliwa? Okaleczyć?
- Tak się składa, że moim rozkazem było ją chronić.
- Po co szatan miałby ją chronić? Jest córką potężnej czarownicy, sama też sobie da radę.
- Nie powiesz mi chyba, że nie czujesz, jaka energia od niej emanuje?
- A jaka niby powinna?
- Ale wy tępi jesteście! - zacząłem się histerycznie śmiać. Nie wyczuli piekielnej energii, która przecież jest widoczna z odległości kilometra!
- Czy jest coś o czym nie wiemy? - zapytał jakiś inny anioł.
- A jest coś o czym wiecie? - zapytałem nadal się śmiejąc. Nie mogąc wytrzymać wyszedłem z pomieszczenia.

***

- Nic mi nie jest. - powiedziałam po raz kolejny.
Łóżko na którym leżałam, było bardziej niż niewygodne. Było twarde, jakbym leżała na desce, a nie na materacu. Nauczyciele stojący nade mną denerwowali mnie swoją obecnością. Jedyne na co miałam wtedy ochotę to pojechać do piekła. Pojawić się tam  i wygarnąć wszystko szatanowi, każde zło skierowane w moją stronę, zniszczenie wszystkich moich marzeń i tego co kocham.
- Wypuśćcie mnie. - powiedziałam.
- Nie ma mowy! Jesteś w złym stanie! - krzyknął nauczyciel wychowania do życia pośród ludzi. Bardzo nudny człowiek.
Nie chciałam tam zostać. Jedyne czego pragnęłam, to krzyczeć, krzyczeć i jeszcze raz krzyczeć. Szatan musiał mi za to zapłacić. A jeśli nie chciał tego zrobić samodzielnie, to już moja była w tym głowa, żeby cierpiał bardziej ode mnie.
- Wypuśćcie mnie. - powtórzyłam. Tym razem powiedziałam to w inny sposób. Użyłam magii. Wpływ jest zły. Obiecałam sobie nigdy z tego nie skorzystać, ale to była wyjątkowa sytuacja. - Nic mi nie jest. Nic się nie stało.
Zaklęcie działało. Nauczyciele powoli zapominali co tam robili i dlaczego. Wykorzystałam tę sytuację i uciekłam. Biegłam przez pomieszczenie, aż w końcu stanęłam przed wielkimi drzwiami. Gdy je otworzyłam, zastałam za nimi Laurę.
- Ooo, cześć. - wydała się zdziwiona moim widokiem.
- Cześć. - odpowiedziałam, próbując ją wyminąć.
- Jak się czujesz? - udawała, że jej na mnie zależy. Należałyśmy do tej samej paczki przyjaciół, ale nigdy jej nie lubiłam. Jest samolubna, fałszywa.
- Wszystko jest dobrze, dziękuję. - na jej twarzy przez chwilę zamajaczył smutek, jakby żałowała, iż jest ze mną wszystko w porządku.
- Co się stało z Karoliną? - nie chciałam odpowiadać na to pytanie. Na szczęście z pomocą przybiegła mi Eleonora, która właśnie wychodziła zza zakrętu.
- Ola! - krzyknęła radośnie. - Tak się cieszę, że nic ci nie jest!
- Tak... ja też. - odpowiedziałam.
- Masz dla mnie książki? - ta dziewczyna była niesamowita. Byłam umierająca, a i tak interesowała ją bardziej literatura!
- Tak, mam. Później ci je przekażę, dobrze?
- Jasne. A słyszałaś już o... - nie dokończyła zdania. Dopiero wtedy zauważyła stojąca obok Laurę. W końcu zdecydowała się nie dokończyć zdania. - Yhm... muszę iść. Przypomniałam sobie, że umówiłam się z kimś. Do zobaczenia!
Cokolwiek to było, nie mógł usłyszeć o tym byle kto. Laura nie mogła się o tym dowiedzieć, a to oznaczało, że będzie mnie coraz bardziej nienawidzić. Super. Po prostu EXTRA.
Poszłam do łazienki. Laura nie podążyła tam za mną.

***

Po godzinie spotkałam się z Mike'iem. Tęskniłam za nim. 
- Słyszałeś coś może? - zapytałam.
- A co miałbym słyszeć? - odpowiedział pytaniem zdziwiony.
- Sama nie wiem... Eleonora chciała mi coś powiedzieć, ale potem zauważyła Laurę i się uciszyła.
- Mogło to dotyczyć Laury?
- Nie sądzę. Eleonora nie należy do osób, które lubią plotkować.
- A co ciebie z nią łączy?
- Jesteśmy przyjaciółkami.
- Nie to miałem na myśli. - uśmiechnął się. Odsłonił swoje piękne, białe zęby. Patrząc na niego, myślałam o nim raczej, jak o aniele, a nie demonie. Nawet po śmierci był przystojny. Szkoda tylko, że odebrało mu to wolną wolę. - Co ciebie łączy z nią raczej w stylu : pochodzenie matek, czy kolor oczu...
- Co do tego ma kolor oczu? - zaczęłam się śmiać.
- Nie miałem lepszego przykładu. - zawtórował mi jego perlisty śmiech. 
- No więc... sama nie wiem... - nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Ale później mi przyszło coś do głowy. - nasze matki są w tym samym zgromadzeniu. Obie należą do arystokracji naszego świata.
- Czy jest szansa, żeby ostatnio kontaktowała się z matką?
- Szansa jest zawsze. Ale nie wiem, jak wysoka. - wystawiłam mu język.
- Nie bądź taka mądra, bo głupich zabraknie. 
- Bo jeszcze pomyślę, że uważasz mnie za głupią. - udałam focha. Oczywiście takiego pełnowymiarowego i w ogóle... z tupnięciem nogi, skrzyżowaniem ramion i wściekłym spojrzeniem. A on oczywiście złapał haczyk i jak moja prywatna rybka, objął mnie, prosząc o wybaczenie. Nie wierzyłam, że mam takie szczęście. Było tak, jakby szatan nigdy mi go nie odebrał. A tak przecież było.
To przypomniało mi o tym, że Karolina jest w piekle i trzeba ją było stamtąd wydostać.
- Twoja siostra... - zaczęłam.
- Spokojnie. Niedługo zjawimy się tam z wizytą. - jego uśmiech wskazywał na to, że naprawdę to planuje. To był dobry znak. Jeden z niewielu od bardzo dawna.

środa, 11 marca 2015

Rozdział XII.

To było dawno. Dawno i nieprawda. A jednak cały czas pozostawało w mojej głowie.
Byłam nową uczennicą, kiedy zaczęły się dziać złe rzeczy. Do szkoły uczęszczałam zaledwie od miesiąca, ale trafiłam od razu do trzeciej klasy z powodu wysokiej pozycji mojej matki.
Każdego dnia spoglądałam na tego chłopaka. Na jego cudowne, brązowe włosy. Na piękne fiołkowe oczy błyszczące pod każdym światłem. Na pełne usta, jakby gotowe do pocałunku. Nigdy nie zwracał na mnie uwagi. W każdym razie tak przypuszczałam, bo nigdy nie śmiałabym do niego podejść i się zapytać czy chciałby się ze mną wybrać na spacer.
To był kolejny dzień, kiedy samotnie przechadzałam się, z książkami w rękach, do kolejnej sali po długim korytarzu. Właśnie przechodziłam obok tego przystojniaka, kiedy ktoś obok uderzył mnie ramieniem, co spowodowało upadek moich podręczników. Winowajca przeszedł, jakby nic się nie stało.
Ale on nie. Zatrzymał się i pomógł mi podnieść wszystkie książki.
- Dz-dziękuję - wymamrotałam.
- Nie ma za co - odpowiedział i się szeroko uśmiechnął odsłaniając swoje białe, równe zęby. - Jestem Mikołaj.
- Ola. - odpowiedziałam starszemu chłopakowi.
- Lepiej uważaj. - ostrzegł mnie. - na tych korytarzach bardzo łatwo stracić książki.
- Teraz już na pewno będę.
- Odprowadzę cię do sali, by mieć pewność, że nie zgubisz podręczników. - mrugnął do mnie prawym okiem.
Nie odezwałam się ani słowem. Musiałam mieć całe czerwone poliki, bo czułam na sobie wiele spojrzeń należących głównie do płci pięknej. Trzeba również zwrócić uwagę na to, że nie spoglądały na mnie raczej zbyt uprzejmie. Raczej zazdrośnie.
Szliśmy cały czas, pokonując kamienne ścieżki korytarza, napotykając coraz więcej zazdrosnych spojrzeń, które całkowicie olewaliśmy. Kilka razy przyłapałam go na tym, że spogląda na mnie ukradkiem. To było cudowne uczucie! Jakby piękny ptak wyleciał prosto z mojego serca i leciał wolny. Czułam się bardzo szczęśliwa i nigdy nie miałam tego zapomnieć.

***

Przez kilka dni spotykaliśmy się tak na przerwach, dowiadywaliśmy się wiele o sobie. Zapoznał mnie z kilkoma swoimi kolegami, którzy ciepło mnie przyjęli.
Na jednej z przerw w czasie gdy omawialiśmy nasze zainteresowania, ktoś do nas podbiegł. Zaczął mówić do Mikołaja, jakby mnie tam nie było:
- Mikołaj, za 5 minut jest spotkanie w gabinecie dyrektorki, w sprawie... no wiesz której - spojrzał na mnie jakbym tam przeszkadzała, bo nie może wymieniać przy mnie wszystkich informacji. Może faktycznie nie mógł.
- Okay, już idę. - spojrzał na mnie smutno. Przykro mi było, że miał mnie opuścić, ale patrząc na to, że tak nagle ktoś go poinformował o spotkaniu, nie mogłam go nie puścić.
- Idź, spotkamy się na obiedzie. - odpowiedziałam.
Ostatni raz spojrzał na mnie i pobiegł do gabinetu dyrektorki.

***

Niestety nie mieliśmy okazji spotkać się na obiedzie, jak wcześniej się umówiliśmy. W czasie lekcji poprzedzającej obiad, został zwołany apel w sali konferencyjnej. Każda klasa została wezwana, a następnie kazano nam usiąść na miejscach, które zostały nam przydzielone. Na środku sali zauważyłam Mikołaja, który też na mnie zwrócił uwagę i szeroko się uśmiechnął. Mimowolnie ja też to zrobiłam. 
- Witam was, drodzy uczniowie! - przywitała się pani Allucinor, dyrektorka Akademii Magii. Do czynienia miałam z nią tylko raz, kiedy to w towarzystwie matki, składałam papiery do szkoły. Kobieta ta, jest bardzo poważna, nikt jeszcze nie słyszał, jak się śmieje, czy też nie widział, jak się choćby uśmiecha. W skrócie wielka sztywniara. - Spotkaliśmy się tu z powodu, okropnego wypadku który zdarzył się przed tygodniem. Jeden z waszych kolegów... został porwany.
Po sali rozległ się szmer. Z tej szkoły bardzo trudno jest kogoś porwać.
- Proszę się nie obawiać. Odnajdziemy go, ochrona w tej szkole będzie jeszcze lepsza. 
A potem usłyszeliśmy wrzask.

______________________
Mam nadzieję, że opowiadanie się wam podoba ;) Pierwszy raz dodaję taki dopisek do bloga, ale chyba nie będzie on ostatnim. Proszę was wszystkich o dodawanie komentarzy pod każdym rozdziałem, ponieważ to bardzo motywuje do pisania. Za każdy komentarz będę bardziej wdzięczna, a każdy kolejny obserwator będzie moim kolejnym uśmiechem. Dla osób, które nie widzą paska bocznego albo mają jakiś inny problem - Oto link do mojej strony na facebooku. Możecie tam znaleźć informacje na temat opowiadania. Jeśli chcecie wiedzieć coś więcej, wystarczy zapytać !

wtorek, 17 lutego 2015

Rozdział XI.

Kolejne godziny mijały mi, jak przez mgłę. Słyszałam wypowiedzi Karoliny, a gdy mnie o coś pytała – odpowiadałam jej. Przymierzałam ubrania, a gdy przyszło co do czego to za nie płaciłam. Weszłyśmy nawet do księgarni, tylko po to by wykupić wszystkie książki, jakie znajdowały się na liście przekazanej nam przez Eleonorę.
W końcu nadszedł wieczór. Robiło się ciemno, jak to zwykle bywa o tej porze roku. Na ulicach zapaliły się latarnie, choć przecież było wystarczająco widno.
Nie mogłam skupić się na uroku tego miasta. Mój umysł cały czas zaprzątała myśl o NIM. Czułam pustkę, gdy nie stał obok, smutek jakiego nikt nie powinien odczuwać.
A potem stało się to.
Towarzysząca mi Karolina, nagle się zatrzymała. Nie, nie z własnej woli. To jakiś mężczyzna ją złapał od tyłu. Byłyśmy wtedy gdzieś w centrum, w okolicach Bramy Portowej. Patrzyłam na nią przestraszona, a jej oczy błagały mnie o pomoc. Nie wiedziałam co zrobić.
Mężczyzna w czarnym kombinezonie i kominiarce przyprawił mnie o dreszcze. Trzymał ręce na szyi mojej przyjaciółki i kiwał głową do kogoś, kogo nie mogłam zauważyć, bo nie spuszczałam wzroku z Karoliny. Czułam się podle, że tak po prostu patrzyłam, jak ją zabierają, choć sama też nie byłam w lepszym położeniu.
Stałam na środku ulicy, patrząc na mężczyzn, którzy zapewne chcieliby mi zrobić krzywdę. Właśnie w tej chwili rozległ się pewien głos w mojej głowie: Użyj mocy...
Ależ mądry był ten głos. Jakbym wcześniej na to nie wpadła! Ale co miałam zrobić? Użyć zaklęcia ognia i spalić go żywcem? A może zaklęcia ziemi, podnieść całe słupy chodnika, tylko po to, by człowieka wywalić? Nie, nie mogłam tego zrobić.
Wtedy mnie oświeciło.
Nie miałam użyć mocy, jaką władali madzy. Miałam użyć zaklęcia potężniejszego niż potrafiłaby wypowiedzieć moja matka. Przed oczami pojawiła mi się formułka. Gdy serce me w płomieniach, sprawcy tego ma stać się coś gorszego...
No i... powiedziałam to.
Nie wiedziałam co się dzieje. Po prostu... najpierw zbir stał przede mną, a potem... już zamienił się w obłok dymu. Tak kolejni znikali. Niestety, wraz z nimi moja przyjaciółka.


***

- Mike! Mike! - usłyszałem krzyk. Ola mnie potrzebowała. Natychmiast zmaterializowałem się obok niej, żeby dowiedzieć się, co się stało.
- Co jest? - zapytałem zmartwiony. Wtedy zauważyłem, co jest nie tak. Ola była sama, Karolina zniknęła. - Co się stało z moją siostrą?
- Nnie wiem, ja... - była cała zdruzgotana. Trzęsła się, niby z zimna, niby z przerażenia.
- Spokojnie. - objąłem ją. - Powiedz mi co się stało, nie musisz się spieszyć.
I opowiedziała. Oczywiście nie obyło się bez pochlipywania, wycierania nosa, ale w końcu poznałem całą historię.
- Ola, użyłaś bardzo potężnego zaklęcia. - powiedziałem po wszystkim.
- Jak bardzo potężnego? - chlipnęła.
- To zaklęcie... przenosi tych którzy pragną ci zrobić krzywdę, jak i tych, którzy się z nimi stykają.
- Gdzie ich przeniosłam? - zapytała zdruzgotana.
- Do piekła.
- Ale... Nie... nie... nie... - znowu zaczęła głośno płakać.
- Kochanie, uspokój się. - nie lubiłem patrzeć jak płacze. Wyglądało to, jakby się torturowało małą świnkę morską, bezbronną, zależną od otoczenia i ludzi. Ola uwielbia te zwierzęta i sama myśl o tym, że mogłoby im się coś stać przyprawia ją o ból głowy. Nie należy do osób twardych. Jeszcze nie. Szatan zrobi wszystko, żeby to się zmieniło. Tylko ja znałem jego plany dotyczące Oli. Najgorsze było to, że nie mogłem ich wyjawić. To tak, jakby łączyła mnie z Lucyferem przysięga, a tak naprawdę był to ten okropny kontrakt, który trzeba podpisać zaraz po śmierci...

***

- Podpisz się tutaj. - jakiś demon wskazał mi dziwny kawałek pergaminu.
- Nie mam czym. - odpowiedziałem bez zastanowienia.
- Tego nie podpisuje się długopisem, barani łbie. - odpowiedział niegrzecznie księgowy szatana.
- To niby czym? - nerwy prawie mi puściły. Ledwo trafiłem do świata zmarłych, a już nie chciałem w nim być. Chciałem uciec, jak najszybciej.
- Jedziesz po tym palcem, a krew sama się pojawi.
- A co to niby jest?
- To jest kontrakt.
- Po co mi on?
- Jeśli go nie podpiszesz, znikniesz.
- A co za różnica? I tak nie żyję!
- Nie chciałbyś się spotkać z ukochaną?
- Co? - skąd on mógł wiedzieć o Oli?
- Jeśli twoja dusza zniknie, nie odzyskasz dziewczyny. Jako poddany Lucyfera, będziesz mógł przenikać do ludzkiego świata.
Ten argument mnie przekonał. Nakreśliłem na pergaminie „Mikołaj Plata”.
Poczułem ucisk w żołądku. Coś się działo. Coś złego. Po chwili czułem, jak wypala mi oczy i włosy. Mogłem spokojnie wyczarować sobie lusterko. Nie zrobiłem tego.
- Co się ze mną dzieje?!
- Przechodzisz przemianę. - demon wzruszył ramionami.
- Dlaczego pali mi oczy i włosy?!
- Czarodzieje tak mają.